Bruk mozaikowy – kosmiczna partia szachów albo o cierpliwości ucznia « Grande Loge des Cultures et de la Spiritualité Polska ∴ Wielka Loża Kultur i Duchowości Polska
23718
post-template-default,single,single-post,postid-23718,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,select-theme-ver-3.3,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive
 
Kadr z filmu Siódma pieczęć Ingmara Bergmana

Bruk mozaikowy – kosmiczna partia szachów albo o cierpliwości ucznia

Chociaż w naszym Warsztacie posługujemy się terminem „bruk mozaikowy”, przeczytałem, że w rodzimym środowisku wolnomularskim funkcjonuje również inne określenie tego elementu wystroju Loży – „szachownica”. Muszę przyznać, że jest to dla mnie intuicyjnie trafne określenie. Przypuszczam, że również dla nowo inicjowanych osób jest to naturalne skojarzenie, gdy pierwszy raz dostrzegają we wnętrzu Świątyni owe białe i czarne równe pola, znajdujące się na posadzce. Dlatego w swojej refleksji wokół bruku mozaikowego chciałbym uchwycić się właśnie tej nazwy – szachownicy.

 

Spróbuję więc wyobrazić sobie teraz szachownicę jako planszę do gry w szachy. Widzę na niej prawidłowo rozstawione figury. W dwóch rzędach po obu stronach stoją naprzeciw siebie bierki. Przyjęło się nazywać je „białymi” i „czarnymi”, mimo że ich rzeczywisty kolor może być nieco inny, choć zawsze kontrastowy. Rozpoczyna się gra i poszczególni gracze chwytają za figury i przesuwają je po czarnych i białych kwadratach.

 

Na chwilę zapominam, że znam podstawowe zasady rządzące tą prastarą grą. Zakładam, że obserwuję szachową rywalizację po raz pierwszy w życiu. Albo jeszcze inaczej: przyjmuję, że jestem uczniem sztuki szachowej. Staram się patrzeć uważnie; dostrzegam, że poszczególni gracze wykonują określone ruchy konkretnymi figurami. Przykładowo, pewien sposób poruszania jest przypisany bierce przypominającej konia. To samo dotyczy figury o kształcie wieży.

 

Nasuwa mi się pierwszy wniosek: figury poruszają się po szachownicy wedle określonych reguł, wedle określonego porządku. Przemieszczają się zgodnie z sobie tylko znaną (a nie mi, obserwatorowi) interpretacją tychże reguł. A zatem jedne wędrują przez szachownicę szybko, inne wolniej, jeszcze inne zdecydowanie, a znów inne jakby ślamazarnie, za to dokładniej eksplorując przestrzeń znajdującą się w ich zasięgu. I tak koń, zwany przez graczy skoczkiem, jest w stanie spenetrować najbliższe otoczenie, poruszając się ruchem litery „L”, a wieża, jeśli tylko zechce, może prześcignąć niemal wszystkie figury na szachownicy (choć wyłącznie wzdłuż prostopadłych linii), lądując na końcu pola szachowego. W końcu dostrzegam majestatycznie prezentującą się królówkę, zdolną przemieszczać się po całej planszy z niezwykłą swobodą.

 

Śledzę bacznie kolejne posunięcia graczy. Gra jest na tyle fascynująca, że chętnie sam wszedłbym w ich rolę i poprzesuwał bierki zgodnie z powtarzającymi się sekwencjami ruchów. Jednak czy jako uczeń jestem w stanie pojąć sens reguły rządzącej partią szachów? Czuję, że przynajmniej na tym etapie muszę uzbroić się w cierpliwość – kto wie, może z czasem kolejne tajniki gry odsłonią się przede mną.

 

Muszę przyznać, że podobne myśli towarzyszyły mi podczas kolejnych Prac naszej Loży. Szczęśliwie miałem okazję przyglądać się Pracom, nie tylko przebywając na Kolumnie Północnej, ale również u drzwi Świątyni, a niekiedy także przemieszczając się po Loży. Z każdą zmianą miejsca odnosiłem wrażenie, że dostrzegam inne, wcześniej ukryte elementy mechanizmu kierującego Lożą – oczywiście była to obserwacja czysto zewnętrzna, powierzchowna, niedojrzała. Również wzajemna komunikacja, spojrzenia, gesty Braci i Sióstr pełniących rolę Oficerów znajdujących się w Loży, jawiły mi się nieco inaczej, w zależności od miejsca w Loży, w którym aktualnie przebywałem.

 

Powrócę jednak do wyobrażonej szachowej rozgrywki. Gra postępuje. Moja uczniowska cierpliwość zostaje niespodziewanie nagrodzona kolejnym interesującym spostrzeżeniem. Wydawało mi się, że pionek, poruszający się zaledwie o jedno lub dwa pola do przodu, a nigdy do tyłu, nie mogąc przeskoczyć innych bierek jest raczej przeszkodą, obciążeniem dla gracza, niż atutem. Tymczasem to właśnie pionek jest w stanie sprawić przeciwnikowi sporo kłopotów. Jeśli jest cierpliwy, jeśli wytrwa w swej gorliwości posuwania się do przodu, może przeobrazić się w inną, utraconą wcześniej figurę, np. w figurę władczej królowej. Wystarczy, że dotrze na drugą stronę szachownicy.

 

Niedawno natrafiłem na informację, że w terminologii szachowej możliwość zamiany pionka na inną figurę zwana jest „promocją”, która dokonuje się na „linii przemiany”. Gdy o tym przeczytałem, wnet nasunęło mi się skojarzenie ze śmiercią profańską. Także z podwyżką czy podniesieniem i z nowym życiem braterskim inicjowanej osoby.

 

Kadr z filmu Siódma pieczęć Ingmara Bergmana

„Gra w szachy ze Śmiercią”. Kadr z filmu Siódma pieczęć Ingmara Bergmana.

 

Myślę, że każda figura, nawet niepozorny pionek, ma swoją rolę do odegrania. Wydaje mi się, że podobnie jest w Loży, gdzie każdy ma swoją „partię do odegrania” i właściwe trudno jest mi stwierdzić, kto jest tutaj najważniejszy, kto jest tu bardziej niezbędny, kogo można zastąpić itd.

 

Ponownie wcielam się w rolę ucznia gry w szachy. Patrzę na planszę i zastanawiam się, która figura jest mi bliższa? Smukły laufer? Wieża o stabilnej podstawie? Kręcący się skoczek, który nie może zdecydować się, w którą stronę ma zmierzać? Pionek pędzący z pozoru bez celu? A może dostojna królówka, na którą wszyscy czyhają, by odebrać jej moc i osłabić jednego z graczy? Czy mogę utożsamić się z jedną tylko rolą na szachowym polu? Czy przeciwnie, muszę być gotowy na zmiany: dziś laufrem, jutro wieżą, pojutrze pionkiem? Dlaczego w ogóle mam grać w tę grę? Dla przyjemności wspólnego przebywania? By się sprawdzić na innym polu? W świecie odmiennych reguł? Czy gram po to, aby zwyciężać? Kiedy rywalizuję, to czy w pierwszej kolejności z kimś innym, czy z własną skłonnością do popełniania błędów w grze?

 

Podejrzewam, że są to pytania, które mogą pojawić się w głowie uczniów sztuki szachowej na dalszych etapach jej poznawania. Jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że podobne pytania, choć nieco inaczej sformułowane, mogły nieraz pojawić się w mojej głowie, gdy obserwowałem Prace Loży. Spróbuję je wypowiedzieć na głos. Dlaczego właściwie przebywam w tym zaciemnionym miejscu z dala od innych ludzi? Co jest celem tej mojej wspólnej aktywności? Czy nie ma tu jakiejś ukrytej skłonności do rywalizacji? Z jakimi słabościami walczę? Jakie atuty mogą mi pomóc je pokonać? Ku czemu powinienem w tym celu spoglądać? Czy pełnione role mogą tu w czymś pomóc, czy raczej przeszkodzić?

 

Zostawiam te pytania bez odpowiedzi. Spoglądam na pustą szachownicę w Loży. Gdzie się podziały wszystkie figury? Czy jest już po grze i bierki zostały uprzątnięte? Myślę, że jest jeszcze co najmniej jedna możliwość. Puste pole może sugerować nie tyle koniec gry, co fakt, że prawdziwa gra toczy się gdzie indziej. Może w świecie profańskim, a może właśnie w tej sakralnej przestrzeni. Albo i tu, i tu. W Loży, w której każdy Brat i każda Siostra ma swoją konkretną rolę do odegrania, swoje miejsce, i jeden wspólny cel, wyznaczony obowiązującą, zakonną regułą. W Loży, w której pracuję z Braćmi i Siostrami od Południa do Północy, poruszając się od Wschodu do Zachodu, na Chwałę Wielkiego Architekta Wszechświata. I w świecie profańskim, skoro prawdziwa praca wolnomularska nie kończy się nigdy.

 

Jednak obecnie przebywam w sakralnej przestrzeni. Skupię się więc na „tu i teraz”. Osobiście Loża jawi mi się jako świat uporządkowany, dynamiczny, z przemieszczającymi się „figurami-Oficerami”. Na lożowym szachowym polu obowiązują pewne prawa, których z kolei przekroczyć nie mogę, jeśli chcę, żeby Loża pozostała Lożą regularną i doskonałą i należycie pracującą. W przeciwnym razie, gdyby zwyciężyły moje profańskie instynkty, gdybym, przykładowo, nie potrafił pohamować pragnienia zabrania głosu, mógłbym utracić poczucie obejmującego mnie i moich Braci i Siostry kosmicznego porządku.

 

Na koniec ponownie wejdę w rolę ucznia sztuki szachowej. Próbowałem odgadnąć, co kryje się za poszczególnymi ruchami szachowych bierek. Musiałem na chwilę zapomnieć o swoich przyzwyczajeniach, porzucić utrwalony sposób myślenia. Założyć, że skoczek porusza się w jeden sposób, wieża w inny, pionek – jeszcze inny. Uczyłem się nowego języka, by móc wejść w buty graczy, którzy za pomocą określonych gestów uprawiają między sobą tajemną komunikację.

 

Również przede mną jako uczniem na początku wolnomularskiego szlaku stanęły podobne wyzwania. Musiałem przyswoić sobie elementy nowego języka, porzucić schematy czysto racjonalnego myślenia, otworzyć się na siłę intuicji, zaakceptować mnogość nieznanych symboli, odnaleźć się w przestrzeni skonstruowanej w tak odmienny sposób od tej, w której przebywam na co dzień. Potrzebna mi była elementarna doza zaufania do z pozoru obcych ludzi, którzy wiedli mnie w stronę tego, co Nieznane.

 

Rzekłem.

 

B∴ Kazimierz Chudziński

 

Deska wygłoszona na pracach Sz∴L∴ nr 16 „Jan Henryk Dąbrowski” na Wsch∴ Warszawy 15. dnia 12. miesiąca 6019 A∴L∴.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz